---Strona główna--- ---Artykuły--- ---Nasze treningi--- ---Sztuka--- ---Coś o nas--- ---Ciekawe linki---

Pojedynek a etyka katolicka.

Szczepan Twardoch



"A Discourse most necessarie for all Gentlemen that have in regarde their honours touching the giving and receiving of the Lie, whereupon the Duello & the Combats in divers sortes doth insue and many other inconveniences, for lack only of the true knowledge of honor, and the contrarie: and the right understanding of wordes, which heere is plainly set downe, beginning thus..."
VINCENTO SAVIOLO, włosko-angielski fechtmistrz, przełom XVI i XVII wieku

"Są obrazy, które, jeżeli nie zostaną odpowiednio ukarane, zabijają moralnie obrażonego."
WITOŁD BARTOSZEWSKI prezes koła szermierczego w Wiedniu, koniec XIX wieku


Pojedynek obecny był w kulturze europejskiej przez kilkanaście stuleci, a właściwie, jeśli wziąć pod uwagę również obyczaje starożytne, to jego początki kryją się w pomroce dziejów. Fakt, że pojedynek należy do przeszłości zwykliśmy traktować jako rzecz tak zwyczajną, że nawet nie wartą uwagi - z tego też chyba powodu po zakończeniu II Wojny Światowej wygasły wszelkie żywe dyskusje o etyce pojedynku i ogólnie o etyce honoru i dobrej sławy.

Zważywszy, że, jak podają źródła, ostatni znany szerzej pojedynek odbył się we Francji w roku 19671, to jest to problem od którego nie dzieli nas więcej niż 50 lat - przedmiotem naukowego zainteresowania mogłyby być więc, jak się wydaje, przynajmniej przyczyny tak nagłego zaginięcia obyczaju tak powszechnego, że dla naszych przodków oczywistością było chyba jego trwanie, tak jak oczywiste było trwanie pojęcia honoru.

Dla mnie fenomen pojedynku jest fascynujący - a wydaje mi się również, że często opaczne lub po prostu błędne rozumienie jego istoty prowadzi do wielu nieporozumień. W pracy tej postaram się spojrzeć na pojedynek jako swoisty fenomen kulturowy i mając to na uwadze, rozważyć jego moralną ocenę w świetle etyki chrześcijańskiej. Nie ograniczę się jednak jedynie do problematyki etycznej - wydaje mi się, że aby móc dobrze wartościować fenomen tak złożony i o tak ulotnej substancji, jak fenomen pojedynku, należy najpierw dobrze zrozumieć jego substancję, najlepiej poprzez wyróżnienie cech konstytutywnych dla samej jego istoty.

GENEZA POJEDYNKU

Pojedynek niewątpliwie jest obyczajem o proweniencji średniowiecznej. Jego zniknięcie jest przejawem zaniku ostatnich okruchów wieków średnich. Mimo, iż w postaci najbardziej charakterystycznej pojawił się u zmierzchu średniowiecza, to jego geneza jest jak najbardziej związana ze średniowiecznym postrzeganiem świata, a nie należy przecież postrzegać epok historycznych jako ostro i jednoznacznie zamkniętych cezurami - średniowiecze zaczęło umierać w wieku XIV, na polach bitew, kiedy prymat plebejskiej piechoty nad rycerską jazdą, pierwszy raz chyba w bitwie pod Courtrai w 1302 roku2 , jednoznacznie złamał średniowieczny podział na oratores, laboratores i bellatores - zniszczył podstawy ładu, odbierając mu uzasadnienie3. Z drugiej strony, jak twierdzi Jacques Le Goff a trudno mu nie przyznać racji, polska wieś jeszcze w pierwszej połowie XX wieku była w swej istocie średniowieczna. Proces umierania średniowiecza toczył się wielotorowo, z różnym tempem, w różny sposób. We wspomnianej już dziedzinie militarnej, za początek końca można przyjąć chociażby bitwę pod Agincourt, gdzie plebejscy angielscy łucznicy wybili kwiat francuskiego rycerstwa, lecz czyż wśród oficerów XIX wiecznych armii etos rycerski nie był wciąż żywy?

Podobnie jest, kiedy przyjrzymy się pojedynkowi na przestrzeni dziejów. Dla Ryszarda Mozgola pojedynek jest pojedynkiem, póki zachowuje swój kastowy charakter4 - czyli obecne u Boziewicza dopuszczenie plebejuszy do zdolności honorowej5 odbiera pojedynkowi jego istotę, przeobraża go w pogardy godną, "chamską" bijatykę. Dla przedwojennych luminarzy postępu, sama instytucja pojedynku, nawet w formie tak zdemokratyzowanej jak u Boziewicza jest reliktem średniowiecza, Ciemnogrodem. Podobnie, Ryszard Mozgol uważa, iż pojedynek jako taki, w samej swojej istocie, ma charakter ordalium6 , o czym za chwilę - a rozumienie pojedynku jako sądu bożego zanikało już chyba w początkach renesansu. Dowodzi to płynności znaczenia pojedynku - sąd boży pomiędzy Lotharem a Guntharem, dwoma wyimaginowanymi frankońskimi rycerzami z czasów Karola Wielkiego od sprawy honorowej między, powiedzmy, Stanisławem Catem-Mackiewiczem a Melchiorem Wańkowiczem (jeden z ostatnich polskich pojedynków, stoczony na początku lat sześćdziesiątych 7) różni prawie wszystko. Jednakże, kiedy porównywać będziemy chronologicznie kolejne przejawy tradycji pojedynkowej, różnice będą niewielkie - w taki sposób przejście od ordaliów do sprawy honorowej będzie płynne. Pozostanie jedna cecha wspólna - przekonanie, iż sprawy między dwoma mężczyznami da się rozstrzygnąć za pomocą miecza. Król duński Frothon III twierdził: "(...) każdy spór powinien rozstrzygać się mieczem, bo szlachetniej jest dla mężów bronią jak słowami rozprawiać się." Z tym zdaniem zgodziłby się zarówno paladyn Karola Wielkiego, jak wiktoriański angielski gentleman, ten drugi być może bez nacisku na słowo "każdy".

Prawdopodobną jest teoria wywodzenia się pojedynku ze średniowiecznego prawa sądów bożych, inaczej ordaliów. Ordalium było dowodem w postępowaniu sądowym, opierającym się na przeświadczeniu, iż Bóg nie wspomoże winnego i pozwoli osobie niewinnej zwyciężyć. Ordalium praktykowano pod kilkoma postaciami: nieistotnymi teraz dla nas próbami wody i żelaza oraz pod postacią pojedynku sądowego, w którym pozwany walczył z pozywającym8. Pierwszy pojedynek sądowy odbył się, jak przekazuje tradycja, w 501 roku, według zasad określonych przez króla Burgundów, Gunebalda.9 Praktyka ordaliów była szeroko rozpowszechniona w całej Europie i uprawiana aż do końca wieku XV, mimo zakazów kościelnych.

Ryszard Mozgol uważa, iż sama istota pojedynku jest amalgamatem etosu starożytnego aryjskiego wojownika, zbudowanego na plemiennym pojęciu krwawej zemsty, która przez rozlew krwi przywracała naruszony przez występek ład10 , co znalazło swoje potwierdzenie w biblijnym "A według zakonu niemal wszystko bywa oczyszczane krwią, i bez rozlewu krwi nie ma odpuszczenia."11

Przekonanie, że Bóg nie dopuści do porażki osoby niewinnej było szeroko rozpowszechnione w Europie jeszcze w czasach nowożytnych, mimo, iż jest to sąd niezgodny z tomistyczną (ani chyba żadną inną ) etyką chrześcijańską12. Wydaje się, że w pewnym sensie, w sposób może mniej wyraźnie wyartykułowany, to przekonanie leży u źródeł pojedynku aż do dziś - później będzie mowa o znaczeniu zwycięstwa i porażki w pojedynku.

Drugim średniowiecznym obyczajem, który miał fundamentalne znaczenie w wykształceniu się pojedynku nowożytnego był turniej rycerski. Franco Cardini twierdzi, iż trudno określić kiedy rozpoczęła się moda na turnieje rycerskie - w każdym razie były to okolice początku XII stulecia13. Oprócz form walki grupowej, zwanej hastiludium, czy też melée, będących swego rodzajem symulowaną bitwą, odbywały się też walki zwane "karuzelą" - serie konnych pojedynków na kopie.14 Wariacje tej formy - pojedynki na miecze, na béc du corbin15 , na kopie z przegrodą lub bez, etc. z czasem przybierały coraz łagodniejsze formy, stając się bardziej teatrem niż walką - podczas, kiedy w wiekach XIII i XIV wielu rycerzy traciło życie podczas turniejów, w wiekach XV i w początkach XVI walki toczą się na broń kurtuazyjną, tępą. Turnieje w czasach maksymiliańskich są już przedstawieniem - ich zmierzch zbiega się z rozkwitem pojedynku.

Kościół Katolicki nie akceptuje turniejów tak samo zdecydowanie jak nie akceptuje pojedynków (o czym później) - Innocenty II w 1130 roku zdecydowanie potępia turnieje, powtarza to za nim Sobór Laterański w 1139 roku, odmawiając poległym w turnieju prawa do pochówku na poświęconej ziemi.

Na użytek tej pracy przyjmę najpowszechniejszą chyba, zgodną z powszechnym rozumieniem definicję pojedynku nowożytnego, która rozumie pojedynek jak zbrojną obronę sławy, honoru, czci i dobrego imienia, uregulowaną restrykcyjnym i konkretnym kodeksem honorowym. W myśl tej definicji, zwykłe zaatakowanie zbrojne człowieka, który narusza nasze dobre imię pojedynkiem nie będzie, jeżeli będzie miało charakter spontaniczny, wywołane będzie gniewem, nie może być nazywane pojedynkiem.

Początki pojedynku w rozumieniu współczesnym (wł. duello) datuje się na koniec XV wieku, w Italii .16 Jego rozwój jest integralnie związany z rozwojem broni białej i fechtunku. Średniowieczny rycerz miecz nosił tylko na wojnie lub w podróży - w czasach pokoju wystarczał zawieszony u pasa puginał. U schyłku wieku XV w Hiszpanii rozpowszechnia się obyczaj noszenia miecza nawet do stroju cywilnego - jest to broń lżejsza od broni wojskowej, zwana espada ropera, miecz do szat.17 Z tej broni wykształca się rapier. Odtąd broń - rapier lub miecz, a później szpada, szabla lub pałasz stała się nieodłącznym dodatkiem do stroju każdego szlachcica aż do końca wieku XVIII. Obyczaj noszenia broni do codziennego stroju rozprzestrzenia się szybko na całą Europę - co na pewno owocuje wzrostem liczby walk orężnych. Gwałtownie rozkwita coś, co nazywam "kulturą szermierczą" - tworzą się dziesiątki i setki szkół szermierczych, pisane są dziesiątki traktatów o szermierce rapierem, fechtmistrze prowadzą zażarte polemiki, powstają style szermierki, różniące się metodologią i podejściem - za przykład można postawić hiszpański fechtunek reprezentowany przez Carranzę i innych, który staje się nieomalże ezoteryczną nauką tajemną, zawiłą w filozoficznych i geometrycznych sztywnych opisach każdego ruchu, w opozycji do triumfującej później szermierki włoskiej, z takimi mistrzami jak Di Grassi czy Agrippa, którzy prezentują szermierkę jak najbardziej naturalną, maksymalnie uproszczoną, sprowadzoną do najprostszych ruchów. 18

Renee Signorotti pisze o pięciu głównych przyczynach pojedynków: walka o kobietę, przynależność do rywalizujących rodzin czy frakcji, sprawy polityczne, spory dotyczące pochodzenia i praw spadkowych - czyli zaprzeczenia szlachectwa, oraz typowe uchybienia honorowe. Pojedynek najczęściej nie był efektem pojedynczego zdarzenia, lecz był raczej kulminacją całego sporu, toczonego często przez lata, co świetnie obrazujej przedstawiony przez Signorottiego przykład legalnego pojedynku, który stoczyli Lion de Barbencois, pan na Sarzay i François de Saint-Julien, pan na Veniers w roku 1538, a który spowodowany był wieloletnim sporem - pan de Sarzay twierdził, iż inny szlachcic, nazwiskiem de la Tour-Landry stchórzył w bitwie pod Pravią, w roku 1525. De Sarzay, zapytany skąd dysponuje tą informacją, wskazał na pana de Veniers, który zarzucił mu kłamstwo. Odtąd de Sarzay, z obrażającego stał się obrażonym, a spór między panem de Sarzay a panem de Tour-Landry stał się sporem między panem de Sarzay a panem de Veniers. Po rzuceniu wyzwania, król poproszony został o pozwolenie na odbycie pojedynku. Pozwolenie zostało udzielone, podczas pojedynku obaj duellanci walczyli odważnie, acz nieumiejętnie. W końcu de Sarzay zraniony został w piętę, co wywołało niewielkie krwawienie. Król ogłosił koniec pojedynku, stwierdził, iż żaden z duellantów nie jest ani zwycięzcą, ani przegranym, oraz, że pan de Tour-Landry w czasie bitwy pod Pravią robił to, co do niego należało. Spór został zakończony.19

W czasach Oświecenia powoli zmienia się obyczaj pojedynkowy - walka staje się obwarowana coraz bardziej restrykcyjnymi przepisami, ale nie to jest najważniejsze. Zaczęto udzielać satysfakcji wpływowym mieszczanom, osobom, co do których wiedziano, że są homoseksualistami (co jednak, wbrew temu co pisze Ryszard Mozgol, nie wydaje się nowością - sir Walter Raleigh, wybitny i ważny dworzanin czasów elżbietańskich był prawdopodobnie homoseksualistą, a nikt, jako kapitanowi gwardii królewskiej, nie odmawiał mu zdolności honorowej20 , chociaż był to fakt znany), zdarzały się nawet pojedynki kobiece (sic!). Ryszard Mozgol pisze: "Oświecenie zadało bardzo skuteczny cios tradycji pojedynkowej. Cios nie przerwał istnienia pojedynków jako zjawiska kulturowego. W dalszym ciągu w kwestiach honorowych sięgano po broń, jednak oświecenie zniszczyło bezpowrotnie otoczkę moralną pojedynku, postrzeganego jako ordalium. Ostał się jeno strzęp"21 Niewątpliwie ma rację Mozgol, że charakter ordalium został utracony - nie dostrzegam jednak w czym odmieniło pojedynek Oświecenie samo. Wydaje mi się, że charakter ordalium utracony został wraz z początkiem zmierzchu Średniowiecza, którego to zmierzchu Oświecenie było zwieńczeniem.

PRZECIWKO POJEDYNKOM

Pojedynek w erze nowożytnej był zdecydowanie zwalczany przez prawo. W roku 1566 Karol IX wydał edykt uznający pojedynek z zbrodnię obrazy majestatu, za co groziła kara śmierci22, podobnie jak w edykcie z Blois Henryka IV, nakładający na pojedynkujących się karę śmierci i konfiskatę majątku. Edykt w Saint-Germain Ludwika XIII, do powyższych dołącza jeszcze karę śmierci również dla sekundantów, czy wreszcie dekrety związane z Ligą Dobra Publicznego Ludwika XIV, nakładające na uczestników pojedynku, sekundantów, sędziów nie tylko karę śmierci oraz konfiskatę dóbr ale również utratę szlachectwa dla wszelkiego potomstwa. "Ein Verbot Duellirens, Balgens und Kugelwechseln, wydany przez Sejm Rzeszy Niemieckiej w roku 1668 za samo wyzwanie na pojedynek pozbawiał wyzywającego czci i skazywał na wygnanie23 . W roku 1623 Ludwik XIII skazał na ścięcie dwóch szlachciców za morderstwo (sic!) popełnione w pojedynku. W roku 1710 Piotr I wydał w Rosji zakaz pojedynkowania się24. Motywy jakimi kierowali się monarchowie były raczej praktyczne niźli etyczne (car Piotr I znany jest ze swej pogardy dla życia swoich poddanych, Ludwik XIV sam się pojedynkował, podobnie jak wielu innych "działaczy" antypojedynkowych, chociażby Wolter, który będąc stanowczym przeciwnikiem pojedynków, sam wyzwał pana de Rohan-Cabot.25 ) - pojedynkowali się najczęściej oficerowie, będący najcenniejszym składnikiem armii. Monarchowie zdecydowanie woleli, by ich poddani ginęli na polu chwały, niż by w imię lekkomyślnej obrony honoru tracili życie na ubitej ziemi.

Motywy sprzeciwu wyrażanego przez Kościół Katolicki na przestrzeni wieków są niewątpliwie głębsze, postaram się je przedstawić w następnym rozdziale. Za pierwszy sprzeciw wobec pojedynków, tutaj konkretnie prawdopodobnie przeciwko pojedynkom sądowym, można uznać postanowienia Soboru w Walencji, z roku 855, które nakładały ekskomunikę na każdego, kto by w pojedynku zranił kogo lub zabił26. Potępiły pojedynek również Sobór Laterański II w 1130 roku, w Reims IV, w roku 1148, oraz Sobór Laterański III, w roku 1178. Na Soborze Trydenckim w roku 1537 potępiono pojedynek jako "bezecny i zgubny dla dusz ludzkich zwyczaj", który "powinien być na całym świecie chrześcijańskim wykorzeniony"27 . Oprócz ekskomuniki na pojedynkujących się i sekundantów, Sobór Trydencki odmówił ofiarom pojedynków prawa do chrześcijańskiego pogrzebu. 28

W konstytucjach Apostolicae Sedis, wydanych przez Piusa IX w roku 1869 pojedynek określany jest bardzo mocnymi słowy: "Wyklinamy tych, co się pojedynkują, albo po prostu na pojedynek wyzywają lub takowy przyjmują i wszystkich tych, co w jaki bądź sposób współdziałają, lub pomocą służą albo pobłażliwość okazują, nie mniej tych, co rozmyślnymi są świadkami, co nań przyzwalają, lub mu wedle sił nie zapobiegają, bez względu na jaką godność piastują, choćby ta była królewska lub cesarska", dotyczy to jednak tylko tych, co pojedynkują się "w sprawie prywatnej i na mocy prywatnego układu", zaś dopuszczalny jest pojedynek "na mocy uchwał władzy zwierzchniej i dla dobra ogólnego podjęty, aby spór jaki lub wojnę tem rychlej z mniejsza dla obu stron szkodą zakończyć".29

O porażce tych starań podejmowanych przez władze i Kościół dowodzi fakt, iż w ciągu jednego dziesięciolecia 1600-1610, tylko we Francji ponad 5000 mężczyzn zginęło w pojedynkach.30 Zważywszy na to, iż pojedynkowała się prawie wyłącznie szlachta, która we Francji stanowiła ułamek populacji, oscylujący wokół 1,5%, a nie każdy pojedynek kończył się śmiercią, ilość odbytych pojedynków musiała być ogromna.

OCENA POJEDYNKU W ETYCE KATOLICKIEJ

Stanowisko etyki katolickiej jest w sprawie pojedynkowania się jednoznaczne, postaram się je zreferować - każdej osobie ludzkiej przysługuje prawo do obrony należnego jej prawa do honoru i dobrej sławy, jednak do środków zdatnych ku temu, nie należy stosowanie siły fizycznej, a tym bardziej pozbawienie życia sprawcy doznanej krzywdy.31

Analiza zjawiska pojedynku w etyce katolickiej wymaga uściślenia podstawowych pojęć, co niniejszym uczynię. Honor oznacza "ludzką godność oraz wyróżniające się moralno-społeczne atrybuty określonej osoby, o ile są przedmiotem uznania ze strony innych ludzi wyrażonego za pomocą pewnego zespołu zachowań (formuły słowne, symbole, gesty) usankcjonowanych społecznym zwyczajem."32

Dobra sława to "utrwalone w określonym kręgu społecznym pozytywne opinie o moralnych zaletach poszczególnych osób, a także grup społecznych".33 Rodzaje zła moralnego polegającego na naruszenie cudzego honoru lub dobrej sławy są następujące: obelga (contumelia), czynna, słowna lub symboliczna, czyli zachowanie, które w rozumieniu człowieka lub środowiska wyraża dezaprobatę i chęć poniżenia jego własnej osoby, następnie posądzenie (iudicium temerarium)., polegające na nieuzasadnionym, pochopnym sądzie negatywnym o innej osobie wyrażający podejrzenie względnie powątpiewanie odnośnie do posiadanych przez nią osobistych zalet, albo nawet przeświadczenie o ich braku. Dwie formy zachowań zewnętrznych naruszających dobrą sławę to obmowa, (detractio), czyli rozgłaszanie ujemnych moralnie opinii na temat poszczególnych osób lub całych grup, nawet jeżeli są to sądy prawdziwe a dotyczące spraw ukrytych, nieznanych ogółowi, oraz oszczerstwo (calumnia), czyli kłamliwe przypisywanie komuś wielkiego, bardzo obciążającego zła.34

Honor i dobra sława są składnikami przysługującej człowiekowi słusznej afirmacji swojego "ja", która znajduje swoje odzwierciedlenie w ustalonych społecznie normach zachowań. Honor jest zatem dobrem duchowym, które może i powinno być przez człowieka bronione. Uzasadnienie sprzeciwu wobec zbrojnej obrony honoru prezentowane jest w sposób następujący: w wypadku naruszenia honoru lub dobrej sławy nie ma miejsca agresja we właściwym tego słowa znaczeniu, a siła i walka zbrojna nie stanowią środka zdolnego skutecznie zabezpieczyć przed utratą honoru. Agresja jest działaniem, podjętym przez sprawcę, które zmierza do zniszczenia dobra stanowiący moralnie uprawniony przedmiot posiadania innej osoby. Honor zakorzeniony jest w moralnej godności i wartości osoby ludzkiej, jak również w nabytych przez nią zaletach moralnych. Zewnętrzne jego okazy, czyli cały zestaw ludzkich zachowań mających na celu niejako potwierdzić moralne zalety jednostki, są jedynie przejawem honoru, jego emanacją. Dlatego też odmowa owych zachowań nie dotyka honoru w jego autentycznym statusie. Dobra sława jest zestawem dobrych opinii, żywionych przez wiele osób - jej naruszenie nie może ogarnąć całego kręgu społecznego, w jakim się dokonuje. Ponadto nie determinuje bezpośrednio cudzych opinii w sposób nieodwracalny.35

Zastosowanie siły i oręża odbywa się w sferze materialnej, zewnętrznej, zaś honor i dobra sława są dobrami natury duchowej. Zastosowanie siły fizycznej dowodzi jedynie posiadania cielesnych sprawności, a te nie zawsze idą w parze z cnotami moralnymi. Zastosowanie siły powoduje jedynie przeżycie lęku i grozy, nie wzbudza natomiast odczucia szacunku, aprobaty i czci, bez których nie ma zewnętrznego wyrażenia honoru. Warto podkreślić, że w obręb wyrażenia "zastosowanie siły" zawiera się zarówno spontaniczna agresja, wywołana gniewem, jak i regulowany zestawem przepisów i obyczajów pojedynek. 36

Z takim pojmowaniem honoru zgadza się Harcerski Kodeks Honorowy z roku 1925, który nie dopuszcza pojedynków, uzasadniając to w następujący sposób: "czy urażona cześć kobiety zyska cokolwiek poprzez to, że w pojedynku życiem będzie ryzykowała osoba droga jej sercu, mąż, narzeczony czy brat; nie dodawszy niczego narazi ją na większe jeszcze nieszczęścia, w razie zranienia, albo, co gorsza śmierci drogiej osoby - śmierć obrażającego również niczego przecież nie naprawia"37

Cóż więc czynić ma katolik, wyzwany na pojedynek? Autorzy "Harcerskiego Kodeksu Honorowego", odwołując się do etyki katolickiej nakazują, by wyzywającemu odpowiedzieć, iż przyjęło się kodeks honorowy, który nie dopuszcza pojedynków, i zaproponować załatwienie sprawy według rzeczonego kodeksu, w razie odmowy polecając spisać protokół jednostronny, i uznać sprawę za załatwioną.38

Ryszard Mozgol cytuje następującą formułę: "Wiedz o tem, że jako chrześcijanin, chcąc [być] Bogu i Kościołowi posłusznym, a imię chrześcijanina nad wszelkie miana odważnych i mężnych przenoszę. Dlatego chociaż przez wzgląd na szacunek wobec praw Bożych i kościelnych pojedynku od ciebie nie przyjmuję, to gotów jestem wszędzie, gdziekolwiek mnie zaczepisz, bronić siebie i gwałt gwałtem odeprzeć. (Schmalzgruber Ius Eccl. tit. XIV, de cler.) ."39

Jako katolik akceptuję w pełni nauczanie Kościoła Katolickiego. Tym trudniej pogodzić się z faktem, że ów fragment tegoż nauczania, w sposób najmocniejszy wyrażający swój sprzeciw wobec tradycji pojedynków, był przez tak wielu katolików odrzucany. Nie mam tutaj na myśli zwykłego łamania tegoż zakazu - posługując się przykładem, katolik - cudzołożnik łamie Boże i kościelne nakazy, jednak, skoro jest katolikiem, raczej nie traktuje (być może, przypatrując się rzeczywistości wspólnot katolickich w Europie Zachodniej lepiej byłoby tutaj użyć czasu przeszłego - traktował) cudzołóstwa jako moralnie akceptowalnej rzeczywistości, wręcz obowiązku. Natomiast udzielenie satysfakcji honorowej dla dżentelmena było niewątpliwie obowiązkiem, który na dodatek nie był spełniany wstydliwie i, jak się wydaje, bez jakiegokolwiek poczucia winy. Praktykowały to środowiska raczej konserwatywne, nie słynące ze skłonności do kontestowania nauczania Kościoła Katolickiego (oczywiście, mam teraz na myśli kraje katolickie).

Tak więc warto spojrzeć tutaj na etykę katolicką krytycznie, co też uczynię. Będzie to z mojej strony wyłącznie rodzaj nieco przewrotnego eksperymentu myślowego - gdyż, nie potrafiąc zaakceptować tego fragmentu etyki katolickiej na płaszczyźnie racjonalnej, nie będąc przez nią przekonany, w pełni akceptuję ją na płaszczyźnie wiary.

PRÓBA POLEMIKI

Pytanie, jakie stawiali zwolennicy warunkowej dopuszczalności pojedynku, opiera się na następującym toku myślenia: skoro dopuszczalne jest użycie siły, a nawet zabicie agresora w obronie nie tylko życia czy zdrowia, ale także w obronie dóbr materialnych czy czci kobiety, dlaczego więc nie ma być dopuszczalne w obronie rzeczy dla niektórych nieporównywalnie droższej niźli dobra materialne? Etyka katolicka odpowiada, iż w przypadku obrony przed kradzieżą da się fizycznie obronić dane dobro, zaś w przypadku honoru nie jest to możliwe.

Pozwolę sobie nieco głębiej przeanalizować ten problem. Pierwsza teza, uzasadniająca niedopuszczalność stosowania siły i walki zbrojnej w obronie honoru zakłada, że obraza nie dotyka samej substancji honoru obrażonego i zasadniczo bardziej degraduje moralnie obrażającego niż obrażonego40. Jednak w opozycji staje teza prezentowana jako motto tej pracy, "Są obrazy, które jeżeli nie zostaną odpowiednio ukarane zabijają moralnie obrażonego" 41. Potwierdzeniem tegoż jest zasada, której hołdują kodeksy honorowe, mówiąca, że obrażony obrazą III stopnia, nie domagając się pojedynku, traci zdolność honorową.42 Zatem, obrońcy pojedynków zakładają, że obraza może głęboko dotykać i niszczyć honor obrażonego, w zależności oczywiście od stopnia obrazy. Na czym opiera się to, zgodne przecież ze powszechnym mniemaniem przynajmniej w czasach, kiedy zdarzały się pojedynki, przekonanie? Istnieje możliwość, że osoba obrażona, która nie chce zareagować w sposób zdecydowany dowodzi swego tchórzostwa, które cnotą przecież nie jest, może znaczenie ma tutaj również pewna symboliczna zgoda obrażonego na rzucane nań oskarżenia, lub, co gorsze, na niszczoną reputację jego rodziny lub kobiet powierzonych jego opiece, co zakrawa na pewną akceptację poniżenia. W etyce chrześcijańskiej jawi się pewna sprzeczność - z jednaj strony definiuje honor jako: "ludzką godność oraz wyróżniające się moralno-społeczne atrybuty określonej osoby, o ile są przedmiotem uznania ze strony innych ludzi wyrażonego za pomocą pewnego zespołu zachowań (formuły słowne, symbole, gesty) usankcjonowanych społecznym zwyczajem."43 a z drugiej zakłada, że "honor w pewnym sensie jest niepodatny na akty naruszenia go ze strony innego człowieka"44 oraz że "podjęcie czynności wyrażających negatywne nastawienia osób z otoczenia nie jest zdolne dosięgnąć honoru w jego autentycznym statusie"45 . Skoro honorem jest ludzka godność i wyróżniające się moralno-społeczne atrybuty o ile są one przedmiotem uznania ze strony innych, to odmowa tegoż uznania ze strony innych nie narusza być może wewnętrznej godności, natomiast niewątpliwie narusza honor, skoro jego istota polega jednak na społecznym uznaniu. Osoba obrażona, która nie zareagowała żądaniem satysfakcji na obrazę, wewnętrznej, ludzkiej godności niewątpliwie nie traci, traci natomiast zewnętrzne wyrazy uznanie tejże godności, czyli honor. Powstaje nowe pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć - czy w takim rozumieniu honor nadal pozostaje dla etyki chrześcijańśkiej wartością moralną? Jeżeli tak, to na pewno wartością względną i nie wartą obrony, skoro w niektórych wypadkach obrona jego musi za sobą pociągnąć przemoc.

Należy pamiętać, że zarówno Boziewicz jak i Bartoszewski nie nakazują szukać satysfakcji zawsze - jeżeli osobą obrażającą jest człowiek nie posiadający zdolności honorowej, nie jest on zdolny urazić honoru obrażonego. Jednak, jeżeli czyni to osoba honorowa, więc niejako posiadająca kompetencje w rzeczonej kwestii, honor rzeczywiście cierpi - gdyż, inaczej niż w przypadku obrazy wyrządzonej przez osobę niehonorową, urażona zostaje sama substancja honoru - tzn. otoczenie ma prawo podejrzewać, że skoro zalety obrażonego są podważane przez osobę honorową, a więc kompetentną, to istnieje prawdopodobieństwo, iż zarzuty są prawdziwe - dlatego wymaga od obrażonego dowodu na jego zdolność honorową - czyli żądania satysfakcji. Wydaje mi się, że na miejscu byłoby tutaj odesłanie do przykładu: jeżeli zwykły człowiek zarzuci żeglarzowi, że ten żeglować nie potrafi, ów z całą swobodą może zignorować ten zarzut; jeżeli jednak uczyni to osoba kompetentna, zarzut ma zupełnie inną wagę, w oczach postronnych wymaga dowodu - czyli na przykład wypróbowania umiejętności obojga żeglarzy w praktyce. Uważam, że wysunięte przeze mnie zarzuty wobec tej tezy są mocne i trudne do odparcia.

Do rozważenie pozostaje druga teza uzasadniająca niedopuszczalność pojedynku, mówiąca, że walka zbrojna nie jest w stanie w żaden sposób skutecznie bronić honoru. O ile jednak podany przed chwilą przykład dobrze oddaje sens moich zarzutów wobec pierwszej tezy, o tyle w żaden sposób nie obala tezy drugiej. "Pojedynek" dwóch żeglarzy w sposób oczywisty dowodzi, który z nich dysponuje umiejętnościami żeglarskimi, natomiast zwycięstwo lub przegrana w walce zbrojnej nijak nie związana jest z honorem walczących - jeżeli wystarczająco dobrze włada szablą, szpadą czy pistoletem, swobodnie zwyciężyć może kłamca i łajdak, co podkreślają autorzy katoliccy46 , a z czym trudno się nie zgodzić. Tezę drugą spróbuję zaatakować z innej strony.

Władysław Boziewicz w rozdziale "Po pojedynku", w artykule 390 pisze: "Po honorowo odbytym pojedynku nie należy nigdy roztrząsać powodu tegoż, charakteru zniewagi, która pojedynek wywołała, lub wdawać się w polemikę na jakikolwiek temat, związany z raz już załatwionym zajściem."47 . W całym rozdziale, opisującym czynności do wykonania po zakończeniu pojedynku nie pada ani razu rozróżnienie na zwycięzcę i zwyciężonego. Boziewicz nie używa nawet tych słów. Czy zwyciężył obrażony, czy obrażający, nie ma tutaj żadnego znaczenia, nie zmienia w żaden sposób kwalifikacji czynu. A więc nie jest tak, jak próbuje rozumieć pojedynek ksiądz Ślipko, dowodem na posiadanie honoru (Bartoszewski i Boziewicz piszą: "zdolności honorowej") nie jest zwycięstwo w pojedynku - cóż to byłby za honor, który się ma lub nie, w zależności czy przeciwnik gorzej czy lepiej robi szablą - wbrew temu co przypisujemy naszym przodkom, koncepcja honoru uzależniona od nastroju czy podmuchu wiatru, bo jedno i drugie może przecież wpłynąć na wynik pojedynku, jest tak pozbawiona sensu, że z duża dozą prawdopodobieństwa możemy przyjąć, że ludzie 50 czy 150 lat temu myśleli na tle logicznie aby jej nie akceptować. Dowodem na posiadanie zdolności honorowej jest odwaga i dzielność osobista, które każą domagać się pojedynku. Nikt przecież nie pisze, że obrażony nie powinien domagać się satysfakcji od osób znanych z doskonałego władania bronią (aby nieco wyrównać szanse, kodeks Boziewicza zabrania zawodowym szermierzom stawać do pojedynków na broń białą, poza sytuacjami, w których szermierz został obrażony obrazą III stopnia, lub kiedy walczyć ma z drugim zawodowym fechtmistrzem 48). A zatem nie chodzi tutaj o biegłość w posługiwaniu się bronią - obrażony wyzywając na pojedynek dowodzi, że honor jest mu droższy niźli życie, zwłaszcza, jeżeli wyzywa kogoś, o kim wie, że jest w szermierce czy strzelaniu bieglejszy. W takim, nowożytnym, rozumieniu pojedynku trzeba się zgodzić z Mozgolem, że pojedynek nie ma wymiaru ordalium - zwycięstwo czy przegrana nie dowodzi tutaj niczego. Zachowuje jednak ciągle charakter rycerski.

Wydaje się, że zachodzi tutaj pewna paralela między sposobem prowadzenia sporu, a sposobem prowadzenia wojny. Nowożytny, demokratyczny sposób prowadzenia wojny nakazuje przeciwnika niszczyć ze wszystkich sił, na wszystkich płaszczyznach - aby to uzasadnić, odmawia się wrogowi prawa do nazywania się człowiekiem, sprowadza się wroga do poziomu potwora, w walce z nim ważne jest tylko zwycięstwo, nie liczy się nic innego. Rycerski sposób prowadzenia wojny, czy sporu, nakazuje kurtuazję w stosunku do przeciwnika. Powód, dla jakiego rycerz znajduje się z kimś w stanie wojny, nie przysłania mu faktu, że jego aktualny przeciwnik jest również człowiekiem honoru, i nakazuje prowadzić ową wojnę w sposób cywilizowany. W czasach nam współczesnych, przesiąkniętych pacyfizmem i humanitaryzmem nie można już prowadzić normalnych wojen, czy sporów honorowych, gdyż jest to uznane za niemoralne. Aby wojna miała moralne uzasadnienie, przeciwnik musi "zasługiwać" na zniszczenie - dlatego nie można go traktować jak człowieka honoru, ba, nie można go traktować jak człowieka.49 Nie można wyzwać równego sobie na pojedynek, za to można przypisać mu zerową wartość moralną i zniszczyć. W pojedynku, nie negując krzywdy jaką została wyrządzona (lub jaką wyrządziliśmy ), nie neguje się wartości tegoż, kto nam ją uczynił, przeciwnie, wielkodusznie przyznaje się, iż osoba ta była w stanie nam tą krzywdę wyrządzić, co jest pewnego rodzaju komplementem, mówiącym, że zalicza się przeciwnika do grona ludzi honoru. Spór, nawet jeżeli dotyczy spraw najważniejszych, nie ogarnia całości ludzkiego jestestwa, pewne poziomy (jak wzajemne uznanie swego człowieczeństwa) są spod sporu wyłączone, co gwarantuje, że pewna, najbardziej fundamentalna godność człowieka, nie zostanie tutaj naruszona. O tyle właśnie pojedynek, nawet odbywający się w czasach nowożytnych czy prawie nam współczesnych, zachowywał swój rycerski charakter.

Zaniknięcie pojedynku ksiądz Ślipko określa jako wyraz "humanizacji stosunków międzyludzkich"50 . Akceptując nawet ocenę pojedynku jako moralnego zła, należałoby jednak rozważyć, czy zaniknięcie pojedynków jest jedynie godnym pochwały zaniknięciem jednego z obyczajów powiązanych z rzeczą moralnie dobrą, jaką jest honor, czy też może zaniknięcie pojedynków jest objawem zaniknięcia poczucia honoru w ogóle. Obserwując współczesną rzeczywistość społeczną przychylam się raczej ku tej drugiej opcji. Używając metafory, przyzwoitość wymaga, aby nosić ubrania, zaś z samego istnienia ubrań i konieczności ich zakupu wypływa parę spraw moralnie nagannych, jak rozrzutność, pycha, czy chciwość. Jednak w obliczu zapanowania nudyzmu na ulicach nieroztropnością byłoby cieszyć się, że oto teraz nikt już nie będzie poświęcał nadmiernej uwagi strojom, że zniknął grzech pychy, w którym tkwili strojnisie.


Przypisy:

1Ryszard Mozgol, Pocałunek Erynii - pojedynek w tradycji i kulturze europejskiej., w: Pro Fide, Rege, et Lege, nr. 35, s. 42-47, Warszawa 1999
--Wróć do tekstu--
2Franco Cardini, Wojownik i rycerz, tłum. Maria Radożycka-Paoletti, s. 140, w: Człowiek średniowiecza, pod redakcją Jacques'a Le Goffa, Warszawa-Gdańsk 1996--Wróć do tekstu--
3 John Keegan, Historia wojen, tłum. Grzegorz Woźniak, s. 290 - 294, Warszawa 1998--Wróć do tekstu--
3Ryszard Mozgol, op. cit., s. 45--Wróć do tekstu--
5 Władysław Boziewicz, Polski Kodeks Honorowy, Część I, Zasady pokojowego postępowania honorowego, s. 12, Warszawa - Kraków 1939--Wróć do tekstu--
6 Ryszard Mozgol, op. cit., s. 42--Wróć do tekstu--
7 ibidem, s. 46--Wróć do tekstu--
8 Juliusz Bardach, Bogusław Leśnodorski, Michał Pietrzak, Historia ustroju i prawa polskiego, s.172, Warszawa 1993<--Wróć do tekstu--
9 Ryszard Mozgol, op. cit. s. 42--Wróć do tekstu--
10 ibidem, s. 42--Wróć do tekstu--
11 Hbr 9, 22.--Wróć do tekstu--
12 ks. Tadeusz Ślipko SI, Zarys etyki szczegółowej, tom 1, s. 335, Kraków 1981--Wróć do tekstu--
13 Franco Cardini, op. cit., s.134--Wróć do tekstu--
14 ibidem, s.124--Wróć do tekstu--
14 rodzaj młota bojowego - dwuręczna broń długości około 180 cm, z kolcem i głowicą do rozbijania zbroi--Wróć do tekstu--
16 William E Wilson , The Arte of Defense A Manual on the use of the Rapier,http://jan.ucc.nau.edu/~wew/rapier.htm --Wróć do tekstu--
17 Mike Loades, Blow by Blow Guide to Swordfighting in the Renaissance Style, film video, London 1984--Wróć do tekstu--
18William E Wilson , op. cit.--Wróć do tekstu--
19 ibidem, --Wróć do tekstu--
20 Peter Burke, Dworzanin, s. 153., w: Człowiek Renesansu, pod redakcją Eugenia Garina, Warszawa 2001--Wróć do tekstu--
21 Ryszard Mozgol, op. cit., s. 45--Wróć do tekstu--
22 ibidem, s. 45--Wróć do tekstu--
23 Witołd Bartoszewski, Pojedynek, jego reguły i przykłady, s.12, Lwów 1910--Wróć do tekstu--
24 Ryszard Mozgol, op. cit. s. 45--Wróć do tekstu--
25 Witołd Bartoszewski, op. cit., s. 86--Wróć do tekstu--
26 ibidem, s. 37--Wróć do tekstu--
27 Ryszard Mozgol, op. cit., s. 44--Wróć do tekstu--
28 Witołd Bartoszewski, op. cit. s. 87--Wróć do tekstu--
29 Ryszard Mozgol, op. cit., s. 44--Wróć do tekstu--
30 William E Wilson , op. cit.--Wróć do tekstu--
31 ks. Tadeusz Ślipko SI, op. cit., s. 329-337, --Wróć do tekstu--
32 ibidem, s. 329--Wróć do tekstu--
33ibidem, s. 330--Wróć do tekstu--
34 ibidem, s. 331--Wróć do tekstu--
35 ibidem, s. 334 - 335--Wróć do tekstu--
36 ibidem, s. 335-336--Wróć do tekstu--
37 Harcerski Kodeks Honorowy, s. 12, Poznań - Warszawa - Wilno - Lublin 1925--Wróć do tekstu--
38 ibidem, s. 26--Wróć do tekstu--
39Ryszard Mozgol, op. cit., s. 44--Wróć do tekstu--
40 ks. Tadeusz Ślipko SI, op. cit., s. 337--Wróć do tekstu--
41Witołd Bartoszewski, op. cit., s. 18--Wróć do tekstu--
42 Witołd Bartoszewski, op. cit., s. 41, Władysław Boziewicz, op. cit., s. 39--Wróć do tekstu--
43 ks. Tadeusz Ślipko SI, op. cit., s. 329--Wróć do tekstu--
44 ibidem, s. 330--Wróć do tekstu--
45 ibidem, s. 334--Wróć do tekstu--
46 ibidem, s. 335--Wróć do tekstu--
47 Władysław Boziewicz, op. cit., s. 97--Wróć do tekstu--
48 ibidem, s. 62--Wróć do tekstu--
49 zob.: Tomasz Gabiś, Demokratyczne Wojny Totalne, s. 22, w: Stańczyk, nr 3 (22) Poznań 1994--Wróć do tekstu--
50 ks. Tadeusz Ślipko SI, op. cit., s. 326-327--Wróć do tekstu--



---design: Studio Manufaktura---